Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powołanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powołanie. Pokaż wszystkie posty

Tak się nie robi


Kościół mariacki w moim mieście, to pokaźna budowla gotycka, dość ponura i zimna, trudna do oświetlenia i ogrzania. Wielkie kolorowe witraże rozweselają wnętrze latem, ale zimą straszą nieprzyjemną czernią. Jest to nasz kościół parafialny, w który wpisane jest całe moje dotychczasowe życie religijne w jego zasadniczym sakramentalnym wymiarze.

Tutaj miał miejsce mój chrzest (podobno skrzywiłam się, gdy poczułam sól na języku, ale wszystkie inne czynności liturgiczne przyjmowałam bardzo spokojnie); w świątyni tej przyjęłam Pierwszą Komunię (zapamiętałam, że niczego specjalnego nie odczuwałam, a z całego wydarzenia w sposób najbardziej wyraźny pozostała mi w pamięci obca dziewczynka siedząca obok, która celowo naśladowała każdy mój gest); tu przyjęłam sakrament bierzmowania (pamiętam lekkie przejęcie perspektywą uderzenia w policzek przez biskupa, oraz imię wybrane na cześć koleżanki, z którą aktualnie najbardziej się kolegowałam).

*

W pewną niedzielę – dziewięć lat temu – spóźniłam się na wieczorną Mszę świętą. Weszłam do kościoła i zajęłam miejsce w jednej z ostatnich ławek. Na końcu głównej nawy, na lewo od ołtarza, stało trzech młodych mężczyzn. Ubrani na czarno, w dłoniach trzymali elektryczne gitary. Na ambonce znajdującej się przy ołtarzu stał natomiast nieznajomy ksiądz i odczytywał z kartki kazanie.

Nie pamiętam treści tamtej homilii, ale brzmiała ona mniej więcej tak: - No i Jezus poszedł tam wtedy. Co to ja mówiłem? Aha, że poszedł. No więc poszedł i wsiadł do łodzi. Wsiadł do tej łodzi i zaczął, zaczął... Więc wsiadł do łodzi i zaczął, ten tego... No, zaczął po prostu nauczać.

Kaznodzieja przerwał i zdecydowanym głosem oznajmił: - Tak nie należy wygłaszać kazań! - Po czym raz jeszcze - w sposób poprawny – wygłosił tę samą kwestię. Następnie wyjaśnił, że jest wykładowcą seminarium duchownego, i że wraz z trzema studentami przyjechał do nas, aby przedstawić specjalny program edukacyjny. 

Gdy nadszedł czas na odśpiewanie pieśni na Ofiarowanie, odezwali się klerycy. Grali topornie, z całej siły uderzając w instrumenty. Fałszując niemiłosiernie, wykrzykiwali do mikrofonów słowa piosenki. Ksiądz zdecydowanym ruchem nakazał przerwanie śpiewu i rzucił w stronę wiernych: - Tak się nie śpiewa! Śpiewa się - tak! - Tu skinął na trzech młodzieńców, którzy tym razem sprawnie zagrali melodię i ładnie odśpiewali piosenkę.

*

Wierni siedzieli w ławkach ospali, beznamiętnie przyglądając się występom gości. Po Komunii trzej klerycy zaintonowali znaną pieśń uwielbienia. Świątynię wypełniły radosne dźwięki, chłopcy śpiewali ładnie, ale wierni nie kwapili się do śpiewu. Było jak zawsze - drętwo. Ponury kościół ponurych ludzi [Katolickie kołki].

Wtedy ksiądz raz jeszcze przerwał pieśń i zwrócił się bezpośrednio do zgromadzonych wiernych: - Tak się nie wielbi Boga! - rzucił w naszą stronę stanowczym tonem - Nie siedźcie tak drętwo. Podnieście w górę ręce w geście uwielbienia i śpiewajcie. Zaczynamy od początku. Ręce do góry!


Senny kościół posłusznie wykonał polecenie. Obecni podnieśli ręce, jakby mieli iść na rozstrzelanie, poruszali ustami markując śpiew i miarowo kiwali się do przodu i tyłu, siedząc w ławkach. Jedynie gdzieś na przodzie poderwało się kilka młodych osób i na stojąco zaczęli na swoich miejscach tańczyć przed Panem.

Czułam w sobie tę samą radość, która ich rozpierała. Poderwałam się, podniosłam ręce w niebo i zaczęłam poddawać się pieśni. Byłam świeżo po chrzcie w Duchu Świętym i miałam wrażenie, że to nie ja zaczynam tańczyć, lecz to On Sam wyrywa się we mnie do tego radosnego uwielbienia. Ksiądz, widząc, co się dzieje, rzucił przez mikrofon w naszą stronę: - Ale bez przesady! - Usiedliśmy, zgaszeni. Proszę księdza, tak się nie robi! Ani tak: [Cool & jazzy]!


Bo oto nadchodzi dzień palący jak piec, a wszyscy pyszni i wszyscy wyrządzający krzywdę będą słomą, więc spali ich ten nadchodzący dzień, mówi Pan Zastępów, tak że nie pozostawi po nich ani korzenia, ani gałązki. A dla was, czczących moje imię, wzejdzie słońce sprawiedliwości i uzdrowienie w jego skrzydłach. Wyjdziecie [swobodnie] i będziecie podskakiwać jak tuczone cielęta. (Ml 3,19-20)


Spisane w trzecią niedzielę Adwentu, tradycyjnie nazywaną - Radosną.


14.12.2008


KOMENTARZE - tutaj


.

Być mniszką


Byłam mniszką. Bez habitu i bez ślubów. Przez krótki czas i nie tak dawno. Zupełnie niespodziewanie dla otoczenia i dla mnie samej. Jedynie Matka X nie była zdziwiona. Takiego obrotu spraw spodziewała się już kilkanaście lat wcześniej.


DZIECKO

Nigdy nie brałam pod uwagę zakonnej drogi życia. Uwielbiałam rozległe przestrzenie. Uwielbiałam swobodę i uwielbiałam wałęsy - jak w latach 1980-tych nazywałam swoje łazęgowanie po kraju. Najchętniej przemieszczałam się zatłoczonymi pociągami [Nocny do Wrocławia] i wygodnym autostopem [Auto! Stop!]. To był mój żywioł. Przepływające przeze mnie krajobrazy, spotykani ludzie, wędrówka bez celu. Luzak na luzie.

W podobnym nastroju dwadzieścia sześć lat temu pojechałam do klasztoru X. Pewnego dnia znajomy nietuzinkowy proboszcz spytał mnie ni z gruszki, ni z pietruszki: - Nie pojechałaby pani do klasztoru kontemplacyjnego na indywidualne rekolekcje?

Nie wiedziałam wtedy za dobrze, na czym polega klasztor kontemplacyjny. A już zupełnie nie miałam pojęcia, co to są indywidualne rekolekcje. Po okresie młodzieńczego buntu byłam dopiero na początku drogi powrotu do Kościoła [Świadectwo]. Uczyłam się go od podstaw. Zadecydował jednak duch przygody: - W klasztorze jeszcze nie byłam. Jadę!


ŻOŁNIERZ

Matka X poświeciła mi wtedy sporo czasu. A ja – jak to ja - opowiadałam Jej różne historyjki ze swojego życia. Opowiedziałam też o swoim nawróceniu – no bo o czym tu rozmawiać z mniszką. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że pod płaszczykiem tej zdawkowej - jak by się mogło wydawać – rozmowy, Matka X bardzo uważnie przygląda się mojej duszyczce.

Z wrodzonej uczciwości, nie chcąc żeby Matka X robiła sobie płonne nadzieje, szybko wyjaśniłam, że kandydatka do klasztoru ze mnie żadna, a już do klasztoru kontemplacyjnego w szczególności, i do tego żeńskiego - i bardzo szczerze wyłuszczyłam dlaczego [Trzy pieczęcie].

Matka X nic nie odpowiedziała, uśmiechnęła się tylko, a na odjezdnym dała mi fragment Pisma Świętego (Mądrość Syracha, Rozdział 2) i powiedziała te słowa: - Pan Bóg nie powoływałby pani, dając jednocześnie pod opiekę mamę, dla której jest pani jedyną podporą. Bóg takich rzeczy nie robi. - Pobłogosławiła mnie, a ja wyjechałam, znikając z Jej życia na lat siedemnaście.

Zachowałam w pamięci przekazane mi słowa Pisma, chociaż nie rozumiałam ich wtedy w całości. Na przykład bardzo denerwował mnie pierwszy werset tekstu: Synu, jeżeli masz zamiar służyć Panu - przecież powiedziałam wyraźnie, że niczego takiego nie zamierzam, niczego takiego nie czuję!

Były jednak w tekście inne słowa, które bardzo wyraźnie do mnie przemówiły: w ogniu doświadcza się złoto, a ludzi miłych Bogu - w piecu utrapienia. Stało się wtedy dla mnie jasne, że mam wytrzymywać wszystko, cokolwiek w życiu na mnie przychodzi. Jak żołnierz – nie mogę zejść z posterunku, nie mogę zdezerterować.


MATKA

Drugi rozdział Mądrości Syracha stał się szczegółową instrukcją postępowania po siedemnastu latach, kiedy waliła się prowadzona przeze mnie firma. W jej słowach znajdowałam jasne wskazówki postępowania: Zachowaj spokój serca i bądź cierpliwy, a nie trać równowagi w czasie utrapienia! Przylgnij do Niego, a nie odstępuj, abyś był wywyższony w twoim dniu ostatnim. Bądź Mu wierny, a On zajmie się tobą, prostuj swe drogi i Jemu zaufaj!

Ale po kolei. Umiera moja Mama. Czuję, że prowadząc firmę bardzo osunęłam się duchowo. Postanawiam coś z tym zrobić. Na drzwiach jednego z kościołów widzę plakat: rozpoczyna się Seminarium Odrodzenia Życia Chrześcijańskiego. Decyzja jest natychmiastowa: to jest to!

Na miejscu okazuje się, że to nic innego jak seminarium Odnowy w Duchu Świętym. Mam pewne zastrzeżenia do tego ruchu, ale już postanowiłam. Odwrotu nie ma. Rozpoczynają się 20-tygodniowe rekolekcje, zakończone wylaniem Ducha Świętego. To już nie tylko światło Chrystusa, które poznałam wcześniej – to najprawdziwszy ogień Ducha. Już nic mnie nie interesuje – tylko Bóg.

Aż dotąd nie bardzo rozumiałam roli, jaką w historii zbawienia spełnia Maryja. Teraz - w jednym momencie - Ona staje się moją formą. Zostaję uformowana na Jej wzór. Ja w Niej, Chrystus we mnie. Nie będąc żoną, w jednej chwili stałam się matką. Tajemnica Wcielenia. To takie proste.


POWOŁANIE

Piszę długi list do Matki X, potem następne. Wszystkie pozostają bez odpowiedzi. Wiem, że je czyta. Wiem, że mnie pamięta. Wewnętrznie odkrywam w Niej swoją matkę duchową, która przez te wszystkie lata pamiętała o mnie przed Bogiem. Walczyła duchowo o mnie. Może dlatego jestem właśnie tym, kim jestem.

Dopiero po roku Matka X zaprosi mnie do przyjazdu. Równolegle poprosiłam o rozmowę mojego powiernika duchowego, dominikanina, którego znam jeszcze dłużej. W jego ocenie wszystko wskazuje na powołanie do życia konsekrowanego [Dominicanus].

Skoro tak, to od razu – tam, w Warszawie - mówię Bogu: - Tak! - Już wcześniej zorientowałam się, że niektórzy z moich współpracowników, wiedząc o moim pragnieniu poświęcenia się Panu, są chętni do przejęcia poszczególnych segmentów firmy, którą prowadzę. A ja nie chcę niczego sprzedawać, chcę wszystko jak najszybciej oddać – żeby być wolną dla Niego.

Wracam do domu. I wtedy – z dnia na dzień - firma zaczyna się rozpadać. Ktoś postanowił inaczej – mam doświadczyć bankructwa [Piękne bankructwo]. Nie rozumiem tego – nieuregulowane zobowiązania będą przeszkodą w realizacji powołania. Matka X tak określi powstałą sytuację: - Powołanie i powstrzymanie. - Ja nazywam to dosadniej: - Gaz do dechy i hamulec. - Zęby można sobie powybijać w czasie takiej jazdy. No ale ja mam wprawę w ostrych jazdach. Przeżyję.


WOŁANIE

Kryteria rozpoznawania powołania są dość złożone. Podstawą jest subiektywny głos wewnętrznego pragnienia, który następnie weryfikowany jest przy pomocy czynników obiektywnych. W trakcie rozpoznawania własnego powołania dowiedziałam się o jeszcze innym czynniku, który nazwałam vox populi. Jest to wołanie człowieka o pomoc, w którym to wołaniu również, a może przede wszystkim, przejawia się wola Boża.

Kiedy realizacja powołania w życiu zakonnym wydawała mi się tak oczywista, musiałam - jak to ja - opowiadać o tym na lewo i prawo. Wtedy - ku swojemu zdziwieniu i zniecierpliwieniu - zaczęłam dowiadywać się od osób stosunkowo dalekich mi, że jestem potrzebna tutaj, gdzie jestem. Do czego? Zupełnie nie miałam pojęcia. Przecież ja nic nie robię. Tylko jestem.

Dzisiaj wiem nieco więcej i patrzę na tych wszystkich ludzi jak matka na dzieci. Tkwię w swojej klauzurze [Klauzura] w sercu mojego miasta i modlę się za nie. Czasami udaje mi się w ten lub inny sposób pomóc konkretnym osobom, przede wszystkim przez współobecność.

Przybywszy do Myzji, [Paweł i Tymoteusz] próbowali przejść do Bitynii, ale Duch Jezusa nie pozwolił im, przeszli więc Myzję i zeszli do Troady. W nocy miał Paweł widzenie: jakiś Macedończyk stanął [przed nim] i błagał go: 'Przepraw się do Macedonii i pomóż nam!' Zaraz po tym widzeniu staraliśmy się wyruszyć do Macedonii w przekonaniu, że Bóg nas wezwał, abyśmy głosili im Ewangelię. Odbiwszy od lądu w Troadzie popłynęliśmy wprost do Samotraki, a następnego dnia do Neapolu, a stąd do Filippi, głównego miasta tej części Macedonii, które jest [rzymską] kolonią. W tym mieście spędziliśmy kilka dni (Dz 16, 7-12).


MNISZKI

Kilka lat temu rozmawiałam ze znajomą zakonnicą ze zgromadzenia czynnego, która w ferworze swych licznych obowiązków pewnie zapomniała, że rozmawia z osobą noszącą w sobie pragnienie życia klauzurowego. Wystrzeliła bez ostrzeżenia: - Zupełnie nie rozumiem po co istnieją klasztory kontemplacyjne! Przecież tam nic pożytecznego się nie robi!

Zupełnie mnie zamurowało. Potem żałowałam, że nie spytałam tej zakonnicy, czy w jej domu zakonnym jest kaplica, i czy w kaplicy ołtarz zdobią kwiaty. Zgodnie z prawdą odpowiedziałaby pewnie, że tak. Wtedy ja miałabym pytanie do niej: - A nie pożyteczniej byłoby tam nasiać w doniczkach cebuli?

Bóg uprawia różne ogrody: warzywne, ziołowe, kwiatowe. Każdy z nich ma inne przeznaczenie. Jak w życiu. I każdy jest do czegoś innego potrzebny. Wiem o tym, bo dziewięć lat temu, przez kilka lub kilkanaście miesięcy byłam takim ogrodem. Byłam zakonnicą. Nie będąc mniszką, wewnętrznie wiedziałam, na czym bycie mniszką polega. Teraz jeszcze jedno doświadczenie mam za sobą.


I TAK BYWA

Przez ostatnie dziewięć lat towarzyszyłam duchowo pewnej siostrze z innego zakonu kontemplacyjnego. Uważałam ją za wzór mniszki. Mówiłam, że Pan Bóg ma z niej pociechę. Dziś przekazała mi do sprawdzenia i oceny treść swojej prośby do Stolicy Apostolskiej o indult sekularyzacji, czyli o wyrażenie zgody na rozwiązanie ślubów zakonnych - po osiemnastu latach życia klauzurowego. Byłam świadkiem dochodzenia przez nią do tej decyzji. Jest to krok i przemyślany, i przemodlony. I tak bywa.


Jeden brat pyta drugiego: "Kto to jest mnich?" A drugi odpowiada: "Ten, który każdego dnia zadaje sobie pytanie: kto to jest mnich?" (z Ojców Pustyni)


27.09.2008


KOMENTARZE - tutaj


.

Taki charakter


Nie czytam książek! Taką skłonność zauważyłam u siebie w końcowych klasach szkoły podstawowej. Wcześniej książki pochłaniałam. Czytałam szybko i chętnie.

*

Dokładnie pamiętam moment, kiedy to się stało. Musiałam mieć wtedy z czternaście lat: próbuję czytać i nie wychodzi mi. W głowie słyszę pojedyncze wyrazy, które z oporem układają się w zdania. Dukam z wolna zdanie po zdaniu. Czytanie przestaje być przyjemnością. Przestaję czytać.

Nie przeczytałam prawie żadnej lektury obowiązkowej ani w szkole średniej, ani na studiach. Niewiele też się uczę, a jednak i jedną, i drugą szkołę kończę z niezłym wynikiem – i z kacem moralnym. Obiecuję sobie uczciwie nadrobić zaległości. Dzisiaj już wiem, że to nigdy nie nastąpi. Zgadzam się na rolę totalnego ignoranta w odniesieniu do wiedzy faktograficznej.

Kiedy skończyłam studia, Mama wyznała mi, że swego czasu naskarżyła na mnie mojej wychowawczyni w ogólniaku, która była jednocześnie moją polonistką: - Moja córka nie czyta lektur. Proszę, żeby stopniami jakoś zmusić ją do czytania. - Była zbulwersowana odpowiedzią nauczycielki: - Ja tu nic nie poradzę. Taki charakter. - I nadal otrzymywałam od niej piątki [Spacer z Duchem].

*

Ja jestem książką. Tak się kiedyś stało i już się nie odstanie. Patrzę na życie i piszę je w sobie. Książki, które po wielu latach, a dokładnie po pierwszym nawróceniu, dane mi było znowu pochłaniać, to była teologia. Od tego czasu książek dość często używam [Księgobranie], ale wiedzy mi z tego nie przybywa. Mnie przybywa mi z tego. Nic na to nie poradzę – taki charakter.

Wiedza, którą nazywam akademicką, spływa po mnie, jak woda po kaczce. Nie znajduje we mnie punktów zaczepienia, a ja na to nic nie mogę poradzić. Godzę się z tym, że mój umysł pracuje inaczej – nazywam go umysłem kontemplatywnym. Godzę się na niewiedzę, na bycie „Bożym przygłupem”. Taki charakter – siebie nie przeskoczę.

Ja nie czytam – ja przeżywam. Po latach wiedza zaczerpnięta z psychologii pomoże mi lepiej zrozumieć ten mechanizm. Pomoże mi również przekroczyć naturalny egocentryzm – inni funkcjonują inaczej. Moja wiedza o drugim zostanie ubogacona – zacznę uczyć się granic.

Zdolności umysłowe zostały mi dane przede wszystkim w celu odczytywania Boga. Droga do Boga prowadzi przez poznanie siebie. Być może czasami jestem w stanie pomóc w tym drugiemu. Piszę więc siebie, żeby drugi mógł się we mnie przejrzeć. Być może takie jest moje powołanie – taki jest tego powołania charakter.

*

Niedawno, na fali powrotów do naszej klasy [Stalowe magnolie], do naszej szkoły, przyznałam się szczerze, że byłam strasznym leniem i w ogóle się nie uczyłam. Usłyszałam wtedy opinię innej nauczycielki z czasów ogólniaka, z której wynikało, że nauczyciele doskonale o tym wiedzieli: - Chodziłaś własnymi drogami i sama decydowałaś, czego chcesz się uczyć.

Uzmysłowiłam sobie wtedy, że podobnie było w czasach studenckich: większość nauczycieli rozumiała mnie! To nie fart decydował o stopniach, promocjach i zaliczeniach, lecz – zrozumienie! Im więc, wszystkim moim Nauczycielom, którzy potrafili czytać mnie ze zrozumieniem – tekst ten dedykuję. Dziękuję!


21.09.2008


KOMENTARZE - tutaj


.

W drodze do Szczyrku


- Zazdroszczę ci twojej wiary. - usłyszałam od znajomej w połowie drogi między Bałtykiem i Karpatami, kiedy w latach tysiąc-dziewięćset-osiemdziesiątych odwiedziłam ją w czasie letniej wędrówki po Polsce. - Czy mogłabyś polecić mi jakiegoś kierownika duchowego? - dodała po chwili.

- Jezus Chrystus. - usłyszała zdecydowaną odpowiedź. - Nie żartuj, przecież On nie żyje od prawie dwóch tysięcy lat. - z niedowierzaniem zareagowała na moją radę. - Mylisz się, On żyje! - zaoponowałam. - Nie opowiadaj głupot. Potrafisz to udowodnić? - spytała lekko poirytowana.

- Tak. Spotkałam Go. - były to jedyne słowa, które przychodziły mi na myśl. - On żyje. - powtarzałam uparcie, na dowód opowiadając znajomej, jak spotkałam Go i jak bardzo odmienił On moje życie.

*

Następnego dnia rano, sfrustrowana, wyruszyłam na Śląsk, by tam dowiedzieć się, że inna znajoma zabiera mnie na kilka dni do Szczyrku. Ciągle żyłam rozmową z Łodzi. Byłam zła na siebie, na swoją ignorancję. Nie potrafiłam znajomej nic mądrego powiedzieć, oprócz upartego powtarzania, że spotkałam Go, i że Zmartwychwstanie jest faktem.

Drugiego lub trzeciego dnia pobytu w Szczyrku wybrałam się na samotny spacer dokąd oczy i nogi poniosą. Droga sama doprowadziła mnie do niewielkiego kościoła położonego na jakimś wzniesieniu. Stanęłam na progu otwartej świątyni: jasne drewniane wnętrze, drewniany ołtarz główny, a po jego obu stronach dwa ołtarze boczne.

Stojąc w otwartych drzwiach poczułam, że przy lewym bocznym ołtarzu znajduje się coś, czego potrzebuję. Widziałam, że stoi tam stolik, a na nim leży kilka książek. Jedna z nich przyciągała mnie do siebie. Ta książka czekała tam na mnie, a ja czułam się jak wygłodniały człowiek, który dostrzegł kawałek chleba i teraz boi się, że ktoś może go ubiec i zabrać mu go sprzed nosa. Obserwując w napięciu zwiedzających, zaczęłam powoli przesuwać się w stronę stolika przy bocznym ołtarzu.

*

Byłam jedyną osobą, którą zainteresowały wyłożone książki, co jednak nie zmniejszyło mojej czujności. Nie mogłam ryzykować, musiałam zdobyć tę książkę. Doszedłszy do stolika, złapałam ją w obie ręce i przycisnęłam do piersi. Była to używana książka, pewnie wyłożona przez kogoś do wzięcia, jak to często zdarza się w kościołach. Na jej grzbiecie zobaczyłam wytarte litery: Jean Guitton - JEZUS.

Całą noc spędziłam na lekturze. Pochłaniałam kolejne rozdziały, w których autor, z naukową precyzją, krok po kroku, udowadniał fakt Zmartwychwstania. Byłam zła na siebie, że nie potrafiłam przedstawić takiego wywodu mojej znajomej, kilka dni wcześniej w Łodzi. Pomstowałam na swój brak wiedzy, na głupotę.

W takim stanie ducha dotarłam do ostatniego rozdziału – DROGA DO EMAUS, w którym autor w rzeczywistości przekreśla cały swój poprzedni wywód i stwierdza, że faktu Zmartwychwstania nie da się przekazać inaczej, jak przez proste, żywe świadectwo: - Jezus żyje. Spotkałam Go.


Uczniowie z Emaus


17.02.2008


KOMENTARZE - tutaj


.

Świadectwo

I.

To było na przełomie szkoły podstawowej i średniej. Niepostrzeżenie dla siebie samej odeszłam od Kościoła. Zanegowałam wiarę, w której zostałam ochrzczona, zanegowałam jakąkolwiek religię, byłam bliska zanegowania istnienia Boga. Zaczęłam żyć tak, jakby Boga nie było.

Dziś wiem, że sam Bóg dopuszcza takie odejścia, abyśmy mogli powrócić do niego w sposób dobrowolny i dojrzały. W moim wypadku drogę powrotu stanowiło młodzieńcze poszukiwanie Prawdy. Ze swojej korespondencji do Rodziców z okresu studiów mogłam po latach zorientować się, jak blisko Bóg mnie w tym poszukiwaniu doprowadził do Siebie [List miłosny].

Uderzenie ze strony Boga przychodzi niespodziewanie i gwałtownie. Umiera Ojciec. Zgon następuje nagle, Tata umiera w domu. W kilkanaście minut po Jego zgonie, zanim jeszcze przyjechali ludzie z zakładu pogrzebowego, już wiem, że po drugiej stronie śmierci jest życie. Niczego nie widząc, jednak widzę. Wiem, że Ojciec żyje, chociaż Jego zwłoki leżą tuż przede mną, bez życia.

Uświadamiam sobie, że ja również kiedyś przekroczę granicę śmierci. W jakiej wewnętrznej kondycji przejdę na drugą stronę? Moje dotychczasowe życie legnie w gruzach. Rozpada się moje zadufane w sobie ego. Nadchodzą miesiące ciemności, z których wyprowadza mnie jakieś wewnętrznie doświadczone światło. Nie potrafię nazwać tego światła. Wiem jedynie, że zawiera w sobie pokój i dobro, które stają się też moim udziałem.

Zaczynam szukać domu dla tego czegoś nowego we mnie. Czuję, że pokój i dobro, które się we mnie zrodziły, rozmywają się w codzienności. Czuję, że je tracę. Zaczynam szukać religii. Kościół, w którym zostałam ochrzczona jest ostatnim miejscem, w którym szukałabym Boga.

*

Jakąś namiastkę wiary stanowi zainteresowanie się psychotroniką. To, co zrodziło się we mnie nie znajduje tu jednak domu. Szukam dalej. Robię przegląd różnych religii. Wierzenia starożytnych Greków i Rzymian. Czemu nie? Mity znam lepiej niż Ewangelię. Może dawne wierzenia moich braci Słowian?

Któregoś dnia biorę udział w rozmowie o szczęściu. Znajomy Anglik nazywa mnie buddystką. Zaprzeczam. Nie jestem buddystką. Ja tylko mówię czym dla mnie jest szczęście. Znowu zaczyna z tym swoim buddyzmem. Chcę mu powiedzieć, że jestem chrześcijanką, i żeby się odczepił. Ja tylko mówię o szczęściu. Nie mogę jednak użyć tego sposobu na uciszenie go. Nie jestem przecież chrześcijanką. Na odchodnym jeszcze raz słyszę tryumfalne: - You are a Buddhist!

Myśl o buddyzmie wraca kilka miesięcy później. A może jednak jestem buddystką? Co to jest, ten buddyzm? W Londynie zaopatruję się w kilka książek. Muszę się w tym wszystkim dobrze zorientować. Wracam do kraju zaopatrzona w lektury: buddyzm, zen, hinduizm, islam, judaizm. Chrześcijaństwo mnie nie interesuje.

Nie przeczytam ani jednej strony o hinduizmie, islamie i judaizmie. Po dwóch pierwszych lekturach już wiem. Znalazłam odpowiedź: jestem buddystką. Nie wszystko w buddyzmie współgra z tym, co noszę w sobie, ale to kwestia praktyki. Ćwiczeń. A więc? Muszę mieć figurkę Buddy, żeby móc przed nią medytować. Koniecznie w pozycji kwiatu lotosu.

Widzę siebie, siedzącą przed gipsową figurką. Tak teraz będzie wyglądać moje życie. I w tej chwili obok mnie pojawia się ktoś żywy. Nie widzę nikogo, ale czuję żywą obecność kogoś obok mnie. Nieznajomy otacza mnie ramieniem, odwraca od gipsowej figurki, a ja gdzieś w głębi słyszę słowa: - Pójdziesz drogą. [Sesja zdjęciowa]


II.

Życie biegnie swoim torem. Rozstanie z prawie narzeczonym, pierwsza praca, własne mieszkanie. Codzienność wypłukuje ze mnie to coś dobrego, co zostało mi dane. Życie niesie ze sobą tyle rozproszeń. Jak to ratować? To coś we mnie potrzebuje specjalnej przestrzeni, samotności i ciszy.

Zaczynam wchodzić do mijanych kościołów. Tylko wtedy kiedy są puste. Tutaj znajduję to, czego szukam. Odzywa się we mnie ten tak silnie doświadczony kiedyś wewnętrzny pokój. Czuję się ogarnięta przez dobro. Za kilka miesięcy, podczas przesłuchań w pierwszych dniach stanu wojennego, esbecy będą mi mówić, iż wiedzą, że jestem osobą bardzo pobożną. - Ja? Pobożna? - Ach, to chyba przez to wchodzenie do mijanych kościołów. I skąd oni o tym wiedzą?

Właściwie już wtedy przystępowałam do komunii. Do pierwszej od bardzo wielu lat spowiedzi przystąpię jednak dopiero za kilka dobrych miesięcy. Ktoś pouczy mnie, że należałoby te sprawy uregulować. Nigdy nie miałam wyrzutów sumienia w związku z tym niedopatrzeniem. Kiedy zaczęłam przychodzić do kościoła również wtedy, gdy sprawowana była tam msza, dane mi było przeżyć tak rozdzierający żal za wcześniejsze grzechy, że nie miałam wątpliwości, że moja dusza została wypalona żywym ogniem do czystości.*

Ale po kolei. Krok po kroku. Puste kruchty kościołów z czasem przestały wystarczać. To coś dobrego we mnie znowu ulegało rozproszeniu. Nie znajdowałam w pustce kościoła niczego, na czym mogłabym się skoncentrować. Pomyślałam wtedy, że jednak powinnam bywać w kościele, gdy coś się tutaj dzieje. A więc – msza.

*

Stawałam w drzwiach kościoła, jak najdalej od ołtarza, i patrzyłam w głąb, koncentrując się na tym religijnym teatrum. Z czasem rozproszenie znowu zaczęło dawać o sobie znać. Potrzebowałam bardziej solidnego oparcia dla uwagi. Krok po kroku, z mszy na mszę, zaczęłam przesuwać się coraz bliżej ołtarza. Moja uwaga znalazła wreszcie solidny punkt oparcia.

Wszystko było ważne. Patrzyłam na odsłonięty ołtarz i odkrywałam głęboki sens każdego jego elementu. Obrus, kielich, patena. Krzyż i świece. Symbole na ornacie. Wpatrywałam się i wsłuchiwałam w każdy element akcji liturgicznej. Słowa i gesty celebransa. Poszczególne, świadomie przeżywane, części Mszy świętej. Słowa czytań i słowa modlitw.

Na odsłoniętym ołtarzu, podczas mszy w języku, który rozumiałam – odnalazłam wreszcie Nieznajomego. „Pójdziesz drogą.” To było ponad ćwierć wieku temu. Lat kilka temu, Chrystus, tak bardzo dotąd obecny podczas sprawowania Mszy świętej, znów ukrył się przede mną. Niedawno odnalazłam Go ponownie. Rozpoznałam Go w modlących się obok mnie braciach i siostrach.



* W 1981 roku zostałam wybrana do prezydium regionalnych władz "Solidarności". Nie miałam jednak ani potrzebnej wiedzy, ani doświadczenia. Wtedy prawie nikt tego nie posiadał. Wychodziłam jednak z założenia, że jeśli oddam siebie i swoją dobrą wolę do dyspozycji "Solidarności", będę miała gwarancję, że we władzach Związku będzie o jednego podstawionego człowieka złej woli mniej.

Czułam ogrom odpowiedzialności. Jak sobie poradzę, ja, kruszynka, wobec ogromu wydarzeń, w których uczestniczyłam. Następnego dnia po wyborach była niedziela. Przez kilka minionych lat zostałam już wewnętrznie przygotowana. Podczas Mszy świętej cała byłam w tym, co działo się na ołtarzu. Wiedziałam, że tam jest Moc, której potrzebuję. I przystąpiłam do Stołu Pańskiego.

Kiedy Matka X [Być mniszką] uświadomiła mi formalną niewłaściwość tej praktyki, natychmiast zaprzestałam przyjmowania Komunii świętej, aż do czasu odbycia spowiedzi z całego życia.


16.01.2008


KOMENTARZE - tutaj


APPENDIX: powyższa notka w autorskim nagraniu: [Świadectwo.audio]


.