Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stan wojenny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stan wojenny. Pokaż wszystkie posty

Czy niewiedza jest błogosławieństwem?


Trzynastego grudnia 1981 roku, w popołudniowych godzinach pierwszego dnia stanu wojennego, zostałam na krótko aresztowana. Przewieziono mnie przez mroczne ulice zamarłego miasta na komendę milicji i tam przesłuchiwano do późnych godzin wieczornych.

Próbowano między innymi zmusić mnie do podpisania tzw. lojalki. Ponieważ stanowczo odmawiałam, porucznik T. spróbował na koniec zastraszyć mnie wizją zsyłki: - Wyślemy panią na 30 lat na Syberię, to zmądrzeje tam pani! Czytała pani Archipelag Gułag? - Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, nieporuszona dramatyzmem opisywanych w nieznanej mi książce sytuacji, że nie, wytrącając w ten sposób esbekowi z ręki ostatnie narzędzie nacisku. Zostałam wypuszczona do domu bez konieczności podpisywania jakichkolwiek zobowiązań.

Ponownie aresztowano mnie pół roku później i wywieziono do ośrodka internowania dla kobiet w Gołdapi na Suwalszczyźnie, położonego kilkaset metrów od sowieckiej granicy [Ukochany kraj, umiłowany kraj]. Tam, podczas dyskusji w gronie innych internowanych pań na temat ignorancji, opowiedziałam tę historyjkę na obronę tezy, że niewiedza jest błogosławieństwem.

Wtedy inna z internowanych przedstawiła swoją kontr-opowieść. Po aresztowaniu próbowano dodatkowo zastraszyć ją swoistą egzotyką tego odległego miejsca: - Zostanie pani przewieziona pod samą granicę z ZSRR. Aż do Gołdapi! - Na co ta najspokojniej w świecie odparła: - Aaa, Gołdap... Znam, znam. Śliczne miejsce! Byłam tam kiedyś na wakacjach.


06.10.2008


.

Hit parade


Musical o stanie wojennym. A właściwie film muzyczny. Albo jeszcze inaczej: tragikomedia bogato muzycznie ilustrowana. I nie tyle film, co scenariusz filmu. Albo inaczej: pomysł na scenariusz. Ale chyba jeszcze mniej: pomysł na pomysł na scenariusz tragikomedii – bogato ilustrowanej muzyką - o stanie wojennym.

*

Stan wojenny przebiegał w rytm muzyki. Słyszałam ją dokoła. Muzyka wojskowa w telewizji. W kościołach - modlitwa pieśniami niosącymi nadzieję. Pieśni patriotyczne na niezależnych spektaklach. Uliczne piosenki sprzeciwu. Krążące na powielanych taśmach nagrania z I Festiwalu Piosenki Prawdziwej. Utwory bardów tamtego czasu – Jacka Kaczmarskiego i Jana Kellusa. W radiowej Trójce i na koncertach muzyka buntu, swoiste wentyle bezpieczeństwa dopuszczone przez władze stanu wojennego - „Biała flaga” Republiki, „Przeżyj to sam” Lombardu.

Film, który rodził się w mojej wyobraźni, miał nawet tytuł: HIT PARADE. Tak nazywano wówczas listy przebojów. Tak wyglądała również ówczesna ulica: zwarty szyk uzbrojonych zomowców nacierających na protestujący tłum. Hełmy, w rękach wielkie przezroczyste tarcze. Szpaler zomowców równym krokiem naciera na tłum. Pałki trzymane w drugiej ręce miarowo walą w powierzchnię tarcz. Parada miarowych uderzeń.

*

Nie zachowałam notatek dotyczących tamtego pomysłu. Już nie pamiętam tytułów słyszanych wtedy utworów. Teraz, robiąc remanenty w pamięci, wyciągam na światło dzienne tamten pomysł na pomysł na scenariusz. Może ktoś zechce z niego skorzystać. Oto kilka scenek, które zapamiętałam:

Boże coś Polskę. Tłum ludzi w kościele. Palce wzniesione w kształcie litery V. Nasłuchiwanie, czy czasami organista, albo ktoś ze stojących obok, nie zacznie śpiewać słów o Ojczyźnie wolnej, którą Bóg ma błogosławić. Nie ma wolnej ojczyzny. Nie ma czego błogosławić. Czujne nasłuchiwanie i śpiew na cały głos: „Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie”.

Cichy zapada zmrok, idzie już ciemna noc. Grupa młodzieży z duszpasterstwa maszeruje ulicą na wieczorną demonstrację, która ma się odbyć pod jednym z kościołów w centrum miasta. Młodzi idą śpiewając. Pod krzyżem misyjnym czeka już większy tłum. Młodzi zauważają w tłumie kilku esbeków. Jeden z esbeków przytrzymuje ręką brzeg kołnierza kurtki. Wygląda, jakby coś mówił do kołnierza. Młodzi chwytają się za ręce, ktoś chwyta w tym geście braterstwa dłonie esbeka z jednej strony, ktoś inny z drugiej. Ten szarpie się, chce się uwolnić, ale braterski uścisk jest mocny: „Zostań, zostań wśród nas, bo już ciemno i mgła. Zostań, zostań wśród nas, tak jak byłeś za dnia”.

Dałeś dupy, generale. Ośrodek internowania dla kobiet. Elegancki dom wczasowy w środku lasu. Wokół kordon uzbrojonych wopistów. Komendant ze Służby Bezpieczeństwa, zastępca ze Służby Więziennej. Dwieście kilkadziesiąt internowanych. Mija kolejny miesiąc bezterminowej odsiadki bez wyroku. Kręte schody prowadzące z holu na piętro. Na schodach piętrowo ustawiony chór pań, u stóp schodów pijany w sztok komendant. Panie śpiewają, komendant, chwiejąc się w prawo i w lewo, zamiast kazać im rozejść się - zaczyna nimi dyrygować: „Dałeś dupy, generale, dałeś dupy. Jeden rozkaz twój narodu nie utrupi. Policzone dni są WRON-y, krótka jej żywota nić. Miast szlagieru, wyszedł z tego wielki pic”.

Zamiast szlagieru - HIT PARADE.


03.02.2008


KOMENTARZE - tutaj


.

Que sera, sera

Myślę, że będę żyć jeszcze z trzydzieści lat. Jeśli Bóg da, dożyję ponad osiemdziesiątki. Jak będzie mi dane przeżyć ten czas? Coraz mniej zależy ode mnie. Różne wątki mojego życia wygasają. Moja własna aktywność redukowana jest przez los do minimum. Problemy ze zdrowiem dodatkowo ograniczają możliwości. Próbuję coś jeszcze zdziałać, ale kolejne pomysły czy projekty po prostu nie dzieją się.

Ja ze swojej strony robię wszystko, co należy, ale życie za mnie zaczyna pisać scenariusze, których nie rozumiem. Takie, jak choćby ten związany z internetem. Podłączyłam się do internetu ze względów zawodowych. Pewien projekt zawodowy, do którego potrzebny był mi internet, zastygł w bezruchu. Ja tymczasem, zapełniając powstałą lukę, zaczęłam udzielać się na trzech portalach.

W naszej-klasie.pl snuję wspomnienia, i to przede wszystkim z koleżankami i kolegami ze szkoły podstawowej. Nie dlatego, żeby w szkole średniej brakowało znajomych. Po prostu ze względu na pewne okoliczności wspomnienia z podstawówki są najbardziej malownicze. Okazuje się również, że dorosłe spojrzenie na pewne sprawy, których jako dzieci nie rozumieliśmy, ubogaca i pogłębia wspomnienia. Dodaje też nowy odcień do barw teraźniejszości [Nigdy nie byłem].

Na fali wyborczego entuzjazmu założyłam blog w salonie24.pl, szukając kontaktu z ludźmi, którzy myślą podobnie, nie unikając konfrontacji z osobami o innych poglądach. Rozpolitykowanie minęło, przed nami chyba jednak dość długie trwanie w okopach. Jeśli piszę coś na swoim blogu, dotyczy to przede wszystkim przeszłości. Trochę wspomnień, które mogą zainteresowanym powiedzieć nieco więcej o komentującej o nicku prowincjałka. O teraźniejszości nie piszę, gdyż mój czas zredukowany został do punktu. Niewiele się dzieje, po prostu jestem. A przyszłość? Co niesie przyszłość? Dla mnie, dla mojego kraju, dla całego globu? Na pytanie o przyszłość odpowiem - oczywiście - kolejnym wspomnieniem.

*

Był pierwszy dzień pierwszego Bożego Narodzenia w stanie wojennym. W jednym z kościołów w moim mieście do Mszy świętej służył młody zakonnik stąd pochodzący, nowicjusz w jednym z zakonów kontemplacyjnych. Po Mszy rozmawialiśmy we trójkę: braciszek, proboszcz, ja. Braciszek przywoził relacje z drugiego końca Polski. Wszędzie wojsko, internowania, godzina milicyjna. Ofiary w kopalni Wujek. Początki podziemia. W pewnej chwili rozmowa urwała się. W ciszy, która zapadła, zadałam pytanie: - I co dalej? Co będzie? - Po piętnastu miesiącach intensywnego zaangażowania w "Solidarność", po przesłuchaniach 13 grudnia i w dniach następnych, nie miałam żadnego pomysłu na przyszłość.

Wtedy braciszek powiedział, że wie o pewnych objawieniach. Spojrzałam na niego podejrzliwie. A cóż to takiego, te objawienia? Objawienia, a może przywidzenia? I to objawienia polityczne? Nic jednak nie powiedziałam. Według tych objawień coś miało zmienić się w roku obchodów 900-lecia chrześcijaństwa na Rusi. No nie, co za bajka! Kto w ZSRR będzie obchodzić taką rocznicę? Związek Sowiecki wchodził właśnie w osiemnasty rok rządów Breżniewa. Rocznica chrześcijaństwa na Rusi? Co ten braciszek opowiada? A w ogóle to kiedy ta rocznica przypada, i kogo to naprawdę interesuje?

Osiem lat później, w roku 1989, po wygranych przez Solidarność pierwszych po wojnie wolnych wyborach w naszym kraju, kiedy na zasadzie domina zaczęły upadać kolejne komunistyczne reżimy w Europie Środkowej, a potem po rozpadzie ZSRR, przypomniałam sobie tamtą rozmowę. Zaczęłam sprawdzać daty: 900. rocznica chrztu Rusi była jednak obchodzona, a działo się to w ramach pierestrojki zainicjowanej przez Gorbaczowa w roku 1988.

*

Co niesie przyszłość? Dla mnie, dla mojego kraju, dla całego globu? Jest Ktoś, kto wie. To mi wystarczy.


Sylwestrowo i Noworocznie:

Doris Day
w piosence

- Co ma być, to będzie -

 we fragmencie z filmu Alfreda Hitchcocka
"Człowiek, który wiedział za dużo"



31.12.2007


KOMENTARZE - tutaj


.

Lotem bliżej


ODLOT

1985. Koniec sierpnia. Piąta rocznica tamtej nadziei i odczuwalny ciężar kolejnego roku po wprowadzeniu stanu wojennego. Kraj w stanie głębokiego letargu. Mroczna beznadzieja peerelu. Wszechogarniająca nierzeczywistość. Szarobura wegetacja.

Lotnisko w Toronto. Po dwumiesięcznym pobycie u rodziny wracam do kraju. Ogólne zdziwienie, że jednak. A we mnie tylko niepokój, że z jakichś powodów tam, na miejscu, mogą mi nie pozwolić wrócić, że mogą cofnąć z granicy. Nie wyobrażam sobie życia poza Polską. To tam dzieje się moja historia. Również ta osobista. Do niej wracam.

Lato w Kanadzie to był głęboki oddech, zaczerpnięcie świeżego powietrza, nasycenie wzroku światłem słońca i bezkresem pogodnego nieba. Słońce towarzyszyło mi każdego dnia, ożywiało duszę i rozgrzewało ciało. No i ta wygoda życia, dobrobyt i porządek, życzliwość ludzi.

Kanadę zapamiętam jako kraj, nad którym nigdy nie zachodzi słońce [Kanada, czyli pomarańcze przeciw dolarom]. Teraz też nie zawiodło. Jest, aby mnie pożegnać. Samolot wzbija się w niebo rozgrzane złocistym słońcem. Cały czas, aż do niespodziewanej granicy dnia, lecimy w pełnym słońcu. Nad nami złoto słońca, pod nami zieleń lasów.


NOC

Noc staje się nagle, o wiele za wcześnie, jeśli czas mierzyć zegarkiem. Nie ma strefy zmierzchu. Światło w jednej chwili przemienia się w najgłębszą ciemność. Przedsmak powrotu.

Silniki samolotu pracują równomiernie. Zaskoczeni nocą pasażerowie cichną, odpływają w zadumę, powoli zasypiają. Nie lubię latać samolotami. Za wysoko, za daleko od bezpiecznej podpory ziemi. A tu jeszcze świadomość bezmiaru oceanu, nad którym właśnie lecimy. Sześć godzin nad tą ciemną głębią. Ale cóż, nie ma innej drogi.

W Warszawie wypełnionej brudnym smogiem będę czekać jeszcze kilka długich godzin na zatłoczony pociąg. Po przyjeździe do centrum miasta pójdę na spacer w poszukiwaniu dobrej kawy. W cieniu ponurego gmaszyska Partii skręcę z Alei Jerozolimskich w smutny Trakt Królewski. Dopiero na Starym Mieście zaryzykuję zamówienie kawy. Niestety, tam też będzie tylko wodnista lura. Umartwianie zmysłów.

Niedługo po powrocie lekarz zdiagnozuje u mnie objawy depresji, a ja odmówię leczenia psychiatrycznego. Ktoś mi poradzi, żeby zażywać magnez. Farmaceuci będą mi odsprzedawać spod lady tlenek magnezu, używany do produkcji leków. Nafaszeruję się tlenkiem magnezu tak, że wybuch w elektrowni w Czarnobylu kilka miesięcy później nie będzie mi straszny.

Rok 1986 przyniesie zmiany na Kremlu. Następny rok przyniesie zawirowania w moim życiu osobistym. Rok później zacznę przemyśliwać o założeniu własnej firmy. Potem będą strajki, rozmowy Okrągłego Stołu, pierwsze wolne wybory.


ŚWIATŁO

Lot Toronto - Warszawa przebiega bez zakłóceń. Pogoda sprzyja podróży. Wyjeżdżając z kraju wiedziałam, że wrócę, i że trzeba będzie na powrót zanurzyć się w bagnie beznadziei, że znowu będzie mi brakować powietrza, że znowu będę się dusić. Noc nad Atlantykiem to dobre przygotowanie do powrotu.

Nie śpię. Rozmyślam. Nagle po lewej stronie, w oknie samolotu, zauważam wyraźne światło. Samotny jasny punkt na tle czarnego nieba. Obserwuję go przez dłuższy czas. Spostrzegam, że ten świetlisty punkt porusza się! Inny samolot? UFO? Co to jest? Rozglądam się po samolocie. Nikt nie wykazuje najmniejszego zainteresowania tym, co dzieje się w ciemnych czeluściach okien.

Przez długi czas bacznie obserwuję światełko na ciemnym niebie. Nagle widzę, że ono zaczyna tańczyć! Jasny punkt przybliża się i oddala, raz jest wyżej, raz niżej. Zupełnie tego nie rozumiem. Gwiazdy są statyczne, samoloty nie tańczą na niebie. Czy pilot też to widzi?

Taneczny spektakl trwa dość długo. Teraz już tylko od czasu do czasu zerkam przez okno, żeby sprawdzić, czy światło to nadal świeci w ciemności. W pewnej chwili zauważam, że taniec światła zakończył się. Świetlisty punkt zamarł w bezruchu oczekiwania. Oczekiwania - na co?

I w tym momencie, w jednej chwili, moje światełko wybucha wielką tarczą słońca. Słońce, które wschodzi na linii rozdzielającej noc i dzień, wszystko zaćmiewa swoją jasnością. Noc w mgnieniu oka znika. Znika też jej świetlny towarzysz.


DZIEŃ

Samolot wlatuje w pełny dzień. Kończy się lot nad oceanem, w świetle słońca widać zarys brzegów Europy. Jesteśmy coraz bliżej domu. Jeszcze Bałtyk i już lecimy nad Polską. Chmury gęstnieją, robią się coraz bardziej brudne. Kiedy zbliżamy się do miejsca przeznaczenia, Warszawę ledwo widać przez szarość powietrza. Samolot schodzi do lądowania.

Już na płycie lotniska zatrzymuję jednego z pilotów naszego samolotu. Pytam o światło w czasie lotu nad Atlantykiem. Jest zmęczony, ale bardzo grzecznie odpowiada, że to była jutrzenka, gwiazda zaranna. Na to ja, zdziwiona : - Ale ona tak radośnie tańczyła! - Patrzy mi uważnie w oczy i poważnie mówi: - Ona tak zawsze.

Popękany beton płyty lotniska, w oddali odrapany budynek portu lotniczego, rozklekotany autosan wiezie nas do kontroli paszportowej.


Jutrzenko, Gwiazdo Zaranna! Módl się za nami!


16.12.2007


KOMENTARZE - tutaj


DODATKOWO - [Jeszcze Polska]

.